Posty

Wyspa skarbów

Obraz
D [Dłonie bardzo starszej pani trzymające jaskrawo-czerwony kwiat, oparte o materiał w jasnoniebieskie kwiatki] Dokładnie rok temu odeszła Moja Babcia. Pod koniec życia wypełniała sobą mój czas i uwagę. Opieka nad coraz mniej sprawną starszą panią, która przez ostatnie miesiące nie umiała już samodzielnie usiąść, dużo mnie kosztowała, ale również stanowiła źródło... radości? spełnienia? Trudno to określić słowami, trudno podsumować. Moja Babcia nie tylko była dla mnie ważną osobą, ale w pewnym momencie również stała się zadaniem i rok od jej śmierci nadal ciężko mi to rozdzielić - ją samą na różnych etapach życia oraz moje wspomnienia z tych ostatnich lat kiedy mieszkała u nas i była coraz bardziej zależna od pomocy. Minął rok, a ja nadal nie przejrzałam dokładnie tego co po sobie zostawiła. Przedmiotami "praktycznymi" zajęli się moi Rodzice, za co jestem im bardzo wdzięczna. Ja zostałam ze spuścizną spisaną jej ręką na wielu luźnych kartkach powtykany...

O pożytkach z prasowania mózgu

Obraz
Gdy byłam dziewczynką bardzo lubiłam jak mama prosiła mnie o wyprasowanie chusteczek do nosa. Były takie ładne, gładkie w dotyku, często obrobione szydełkową koronką wydzierganą przez moją Babcię. Prasowałam je więc tak dokładnie, jakby od tego zależało moje życie. Po chusteczkach przyszła kolej na większe rzeczy, rosła też ich ilość. Mama dzieliła prasowanie na to dla siebie i dla mnie. Cała akcja zajmowała sporą część soboty lub niedzieli. Lubiłam to. Jednak gdy byłam nastolatką zaczęłam inaczej patrzeć na te weekendowe rytuały mojej mamy. Wiedziałam już, że ludzie jeżdżą na działki, albo w jakieś fajne miejsca, spotykają się ze znajomymi żeby coś zwiedzać, chodzą do kina itp. Rodzice najczęściej spędzali weekendy w domu, a jakiekolwiek wizyty należały do rzadkości. Wspólnych wyjść w tym czasie już nie było. Po tygodniu wypełnionym pracą w szkole i korepetycjami, Mama prała, prasowała i reperowała ciuchy, ściereczki itp. Sprzątała i gotowała (oczywiście z moją i Taty pomocą). ...

Co właściwie jest nie tak z Walentynkami?

Obraz
[Balustrada wiaduktu nad szosą, nieregularnie obwieszona pordzewiałymi kłódkami. Na niektórych widnieją imiona par osób i motyw serca, niektóre są zadrukowane w czerwone serduszka] Zwykle od początku lutego myślę i myślę, co dobrego można by z tych Walentynek wyciągnąć. A potem chcę żeby ktoś tę fiestę wreszcie odwołał. Czemu pomimo życia w związku, czucia się kochaną i brania udziału w różnych walentynkowych gestach, co roku mam jakiś kłopot? Takie sympatyczne święto przecież, więc o co do licha mi chodzi?! Bynajmniej nie o to czy jest katolickie czy pogańskie, rodzime, czy anglosaskie. Ważne jest dla mnie co ludzie z niego czerpią i co dostają, tu i teraz - nie w jakiejś bajce, musicalu czy komedii romantycznej, która ściąga tego dnia do kin tysiące par. Ok, można nie lubić czerwonych serduszek, kiczu i komercji związanej z tym świętem. Można w związku z tym obchodzić je na własny sposób – bez kupowania bardziej lub mniej gustownych gadżetów,  okolicznościowych słodyc...

Historia pewnego prezentu

Obraz
Kiedyś zdarzyło mi się grać w The Sims. Jest to gierka komputerowa polegająca na tym, że wybierasz swojemu bohaterowi wygląd i „osobowość” (czyli natężenie poszczególnych potrzeb). Urządzasz mu dom, dysponując określonymi na wstępie środkami, chodzisz nim do pracy, zarabiasz, kupujesz, odpoczywasz, uczysz się lub nie, awansujesz lub nie, optymalizujesz domek aby łatwiej było zaspokajać potrzeby bohatera. Spotykasz go z innymi Simami, wchodzisz w związki itd. Ponieważ moja bohaterka za bardzo przypominała mi mnie i moje własne nieogarnianie codzienności – grę dość szybko porzuciłam, choć nie bez pewnego rozbawienia. Zapamiętałam z niej, że im wyższy standard np. łóżka, tym lepiej jego właścicielka się wysypiała, potrzebowała mniej czasu na odpoczynek, miała więcej energii i mogła dłużej np. oddawać się rozrywkom lub nauce. Dzięki uczeniu się magła awansować, by kupić jeszcze lepszy model, by potem więcej czasu mieć na… To było bardzo dawno, więc i wersja gry stara, ale zapamiętałam ...

List do Mikołaja

Obraz
Drogi Święty Mikołaju! Jestem bardzo bogatą osobą. Mam więcej rzeczy niż potrzebuję i umiem ogarnąć. Nie przynoś mi książek, bo nie przeczytałam jeszcze tych, które dostałam ostatnio. Nie przynoś kosmetyków, bo trudno je dobrać, a mogą się przeterminować. Nie dawaj biżuterii i bibelotów, bo mam ich akurat tyle, by czuć się otoczona pięknem. Nie dawaj roślin, bo parapety mam pełne, a mieszkanie dość ciemne. Mam też wystarczająco dużo skarpetek i odzieży, by było mi ciepło, kolorowo i przytulnie. Moje ciało jest dość kapryśne, a szafę mam małą i więcej nie pomieści. Pomóż mi więc oddać bez wyrzutów sumienia te wszystkie rzeczy, które nie są mi już potrzebne. Niech trafią tam gdzie się przydadzą. Daj mi siłę bym mogła tego dokonać, a ręce nie opadały mi co chwila. To są moje rzeczy, więc nikt za mnie nie zdecyduje których z nich mam się pozbyć. Pomóż zrobić przestrzeń na przejrzystość, porządek i relaks. Nie wiem niestety jak... Nie czuję się na siłach czytać książek o porządkowaniu miesz...

Miłość w obuwniczym

Obraz
Do niedawna Mistrz Zen zdawał się żyć wyłącznie chwilą obecną. Szedł z prądem, mniej lub bardziej ale jednak w miarę zadowolony z dowodzenia osób dorosłych. Gdy opowiadaliśmy mu jaki jest plan, sprawiał wrażenie, że jest mu wszystko jedno kiedy i co się będzie działo. Jakby na nic nie czekał, tylko przepuszczał czas i wrażenia przez samego siebie. Jeśli czegoś wyraźnie nie chciał, wówczas protestował. Czasem dostrzegaliśmy jego napięcie gdy zapowiadaliśmy mu coś, czego nie znał. Od wakacji jednak Łukasz planuje, układa sobie w głowie scenariusz na najbliższy czas. Układamy więc razem, a ja wreszcie mam jakikolwiek dostęp do tego w jaki sposób i o czym myśli mój syn. Dotąd dostrzegałam głównie to, że Mistrza wypełnia muzyka. Kiedy było trzeba, potrafił na jakiś czas zniżyć się do spraw przyziemnych i praktycznych, by później wycofać się na z góry upatrzoną pozycję. Jest środa, Łukasz wie, że po lekcjach jedziemy do Pani Mai na zajęcia. Rozmawiamy w szatni, a potem w drodze na przystan...

Kongres a sprawa Mistrza Zen

Obraz
Idziemy z Mistrzem Zen z autobusu przez park. W plecakach mamy zakupy oraz zeszyty. On – ćwiczenia grafomotoryczne, ja – notatki z kongresu. Mistrz nuci jakąś tęskną melodię, której nie znam i obejmuje mnie ramieniem, idziemy w nogę, jesteśmy już tego samego wzrostu. Spokój, wiatr unoszący żółte liście, ciepłe światło latarni, ciemnoniebieskie niebo i szare chmury. Tak pięknie, że nic tylko… zapłakać. Tego dnia pierwszy raz byłam na Kongresie Osób z Niepełnosprawnościami. Dużo bloków tematycznych, a wszystkie ważne i ciekawe. Nie było łatwo dokonać wyboru. Równość szans i niedyskryminacja. Orzecznictwo i świadczenia rentowe. Niezależne życie. Edukacja. Praca i zatrudnienie. Dostępność. Self-adwokatura. Każdy temat ważny i dotyczący. Może poza dostępnością w naszym przypadku, bo ekipa dziecięca jest wystarczająco mało nadwrażliwa, by wieść „normalne życie” w miejskiej dżungli. Przypomniałam sobie jak Animator Lotów (starszy syn) pewnego wieczora przyszedł i powiedział, że musimy kon...

Są dwie szkoły...

Obraz
Ostatnie dni były dla mnie bogate we wrażenia. W poniedziałek Mistrz Zen pierwszy raz wspiął się na samą górę ścianki wspinaczkowej. Wyczyn powtórzył jeszcze dwukrotnie, za każdym razem samodzielnie. Dotąd wchodził tylko do wysokości na której kończą się bouldery (niskie ścianki do wspinania bez asekuracji), czyli tej z którą był oswojony. Tym razem wszedł na szczyt. Nikt go specjalnie nie motywował, nie było żetonów i nagród „dla odważnych”, nikt nie pracował nad „dzielnością”, wytrwałością, przełamywaniem strachu itp. Mistrz dostał czas i przestrzeń. Zdecydował i zdobył, sięgnął po więcej bo sam tego chciał. Po cichu, w wolności, w jego zen. Jak tylko przyszłam po niego na ściankę, zorientowałam się, że jest jakieś święto – asystent ze szkoły promieniał i dopytywał, czy już dostałam zdjęcia. Nie? To zaraz wyśle, bo muszę to zobaczyć. Osiem, a może dziesięć metrów nad ziemią, pion, kolorowe chwyty, asekuracja i Łukasz sam na ścianie. Trzyma się jak trzeba, żadne tam wiszenie na linie...

From zero to hero!

Obraz
[Rysunek czarnym cienkopisem przedstawiający postać walącą głową w mur. Tynk jest spękany i opada na ziemię, a ubytek odsłaniający cegły tworzy kształt serca. Mur jest długi, biały, zwieńczony od góry rzędem nagich cegieł. Na nich stoi zjeżony, przestraszony czarny kot. Po obu stronach serca słowa: WALĘ TYNKI, pod spodem data: 2012. Jest to walentynka, którą narysował dla mnie mąż w 2012 roku.]  Jako matka dzieci w spektrum byłam już na wielu konferencjach i szkoleniach na temat szeroko rozumianego autyzmu. Przeważnie wychodziłam z nich z kwadratową głową i poczuciem, że nie jestem w stanie objąć swoim umysłem wszystkiego co „powinnam wiedzieć” o „autystycznym mózgu” i jego funkcjonowaniu. Jako, że nie podejmuję się bycia „logopedką”, „reedukatorką” lub „terapeutką SI”, niektórych treści mogłam słuchać rozluźniona – od tego są fachowcy, niech ogarniają temat. Jednak po wykładach na temat strategii uczenia umiejętności społecznych, tworzenia rozbudowanych scenariuszy na różne...